W tańcu zaufaj

Chodzisz na siłownię, czy ćwiczysz na siłowni?

Minęło 1,5 roku jak ćwiczę regularnie pod okiem trenera personalnego. Nigdy podnoszenia sztangi i te wszystkie martwe ciągi mnie nie kręciły. Ile razy wykupiłem karnet na siłownię, nie minął miesiąc, a przestawałem już chodzić. Dopiero teraz widzę sens. Widzę jak ćwiczenia, które może same z siebie nie są ekscytujące, wpływają na moje ciało. Łatwo można sobie wyobrazić kogoś, kto od dawna chodzi na siłownię i stwierdzi, że nic nowego nie odkryłem. Ten „chodzący” na siłownię, często podnosi i opuszcza sztangę bardzo szybko, przez co ćwiczenie nie jest efektywne. Ale chodzi na siłownię. Oto wielka tajemnica techniki. Różnica? Ocean!

Dylemat nauczyciela

Wiedząc o tym jak bardzo technika jest po prostu pierwszym bądź drugim płucem dla tancerza, chciałbym czasem zaszczepić to przekonanie tym, którzy nie mają tego doświadczenia. Najchętniej podłączyłbym się do ich umysłu, choćby przez bluetooth, żeby tchnąć w nich podejście i otwarcie na technikę. Niestety jak z każdym doświadczeniem, żadne inne, niż własne nie jest w stanie kogoś przekonać. Stąd dylemat nauczyciela to ciągłe balansowanie pomiędzy absolutną chęcią pomocy, aby tańczący doświadczyli tego, co wiesz, że jest możliwe, a sprostaniem częstym oczekiwaniom na zrobienie fajnych figur. Idealnym rozwiązaniem byłyby osobne dedykowane grupy; nazwijmy to grupa „Wow” (technika i oczywiście figury i znowu technika, co prowadzi do „wow”) i  grupa „Przyjemność” (figury, figury, no i może jeszcze trochę figur). To wręcz jak rola rodzicielska. Wiesz, że młody chce czekoladę jeść na śniadanie, obiad i kolację, no i najlepiej w przerwach pomiędzy posiłkami. Ale nie możesz na to pozwolić, czekolada od czasu do czasu, a tak po prostu zwykłe pożywienie, które nie będzie wow.
Trzeba zaufać. Jeśli rodzic jest dobry,  odmawiając regularnych efektów wow dba o dziecko, a nie wyrządza krzywdy.

Frustracja

Jak pięknie jest odkryć pokłady w sobie.
Pamiętam, gdy oglądałem filmiki różnych par. Często po obejrzeniu nie czułem inspiracji, a bardziej frustrację graniczącą ze zdenerwowaniem.
Piękno o którym wspominam, to uczucie ulgi, gdy doszedłem do tego, że owe trudne odczucia miałem z powodu braku zaufania do siebie.
Oglądanie różnych stylów tańczenia ciągle powodowało we mnie jakąś nieuświadomioną presję, że właśnie w takim stylu powinienem też umieć tańczyć. Dzisiaj gdy internet proponuje mi jakieś różne filmiki często automatycznie już odtwarzając je bez pytania, nie ulegam takiemu „programowaniu”. Nie oglądam, nie karmię się wszystkim dookoła.
Tak, ja nadal mówię o tańcu! To również w świecie tańca można być zalanym ilością informacji i bodźców, które nie wnoszą nic dobrego.
Dzisiaj z radością tańczę tak, jak chcę tańczyć, nie w stylu takim, czy innym, nie Matejko, nie Beksiński. Po prostu ktoś jeszcze inny.
Ja jestem. Więc tańczę bez kopiowania.

Czy możesz mnie poprowadzić, szanowna damo?

Tango w pełni.
Spędzając kilka dni na największym Festiwalu Queertango odbywającym się corocznie w Berlinie mogłem naprawdę w pełni nacieszyć się szczęściem i radością tanga. Wreszcie miałem tango w pełni.
Gdy mówimy o jakiejkolwiek relacji doskonale wiemy, że sytuacja, w której jedna strona jest dawcą, a druga jedynie biorcą nie należy do zdrowych relacji. Uwarunkowania społeczne, kultura wpływa na nasze postrzeganie świata i to, co na innym obszarze wydaje się już niezdrowe, nienaturalne, na naszym jest normą, na której zmianę nasz światopogląd często nie jest gotowy. Gdy jednak postawić sobie pytanie, dlaczego by tego nie zmienić, często pierwsza przychodząca do głowy odpowiedź to „przecież zawsze tak było, po co to zmieniać?”. Gdy pooglądamy i przeanalizujemy tę odpowiedź, może się ona wydawać jedynie odruchem obronnym, a nie stanowiskiem, które zostało wypracowane w toku konstruktywnej krytyki.
tango Poznań
tango Poznań – Dawid Belach
Wtopiłem swoje zmysły w pierwsze dźwięki tanga. Pozwoliłem, aby moje dłonie i moje ciało powoli „przyjmowało” ciało drugiej osoby, spokojnie, bez pośpiechu tuląc drugiego człowieka w swoim objęciu. Główna myśl, intencja – dać odczuć drugiej osobie świadomą obecność, ciepło i ruch, w którym będziemy razem. Płyniemy…
Utwór dobiega końca, wariacja, ostatnie uderzenie, wspólny wydech… Słyszę hałas, jak inni zaczynają rozmawiać, śmiać się, standardowe rozmowy „a skąd jesteś”, itd. Ja zostaję z moim partnerem w objęciu jakby muzyka nadal trwała. Tu przecież tyle się wydarzyło. Nie chcę tego zagadać.
Gdy rozpoczyna się drugi utwór powoli, bez pośpiechu zmieniam objęcie. Aranżowałem i dawałem. Teraz on będzie dawać, ja będę przyjmować. To on teraz mnie poprowadzi. To nie znaczy, że nie jestem już dawcą, a jedynie biernym podążającym. W żadnej mierze. Jednak teraz mogę zamknąć oczy, uwielbiam to robić. Odczuwam tak wiele i tak mocno gdy mogę wejść w tę rolę.
Dlaczego facet miałby zawsze być tylko dawcą, dlaczego kobieta miałaby być wyłącznie biorcą? Te słowa dawca-biorca nie są doskonałe. Używam skrótów myślowych, słowa są pewnym uproszczeniem, nie wszystko da się w tangu opisać, wypowiedzieć. Skoro więc taka sytuacja w związku określana byłaby jako niezdrowa, dlaczego uznać ją w tańcu za normę? Kultura naszej cywilizacji wymaga odpowiednich ról – facet to wojownik z dzidą, ma zapewnić bezpieczeństwo i przynosić mięcho do gospodarstwa. Kobieta ma dbać o ciepło rodzinne i posiłki. Czy naprawdę jeszcze żyjemy w tej epoce?
Uważam, że pełnię tanga można poczuć jedynie mając możliwość doświadczać obu ról. Napawa mnie smutkiem, gdy w Polsce nie mogę być poprowadzony przez innych mężczyzn lub kobiety. Orientacja nie ma tu nic do rzeczy. Było dla mnie cudownym doświadczeniem, gdy podczas Maratonu w Krakowie, gdy już po kilku godzinach prowadzenia byłem naprawdę zmęczony, podszedłem do sympatycznego gościa i zapytałem, „Poprowadziłbyś mnie?” – „Jasne”. Wow 🙂 Ustawiam się domyślnie do dalekiego objęcia, a on na to „spoko, możemy w bliskim”.
Gość zna tango w pełni… Później i ja go poprowadziłem. Wszak każdemu dawcy należy się również coś ode mnie. Nie chcę być tylko biorcą. Nie chcę być tylko dawcą.
Jedna ze znajomych kiedyś powiedziała „ja już jestem tak zmęczona w życiu ogarnianiem wszystkiego, dzieci, pracy zawodowej, że nie mam ochoty uczyć się prowadzić”. Cóż miałem powiedzieć, musiałem to uszanować. Idąc jednak tym kluczem, każdy facet powinien mieć możliwość również podążać, bo w jego życiu przynajmniej kulturowo mało jest przestrzeni do bycia kimś innym, niż facet z dzidą. I oczywiście mówi się dzisiaj o kryzysie męskości, co może u pań spowodować reakcję – jeszcze tego brakowało, żeby faceci nie prowadzili. Oczywiście, że mają prowadzić! Wy jednak też!
Lucas Boock i Bianca Vrcan wspominali podczas Poznańskiego Maratonu Tanga „La Libertad”, że tańczenie w obu rolach to nie jest kwestia queertango. Powiedzili wprost – tańczysz tango? To znaczy, że tańczysz, a nie tańczysz połowicznie, w jednej roli.
Rozmawiałem o tym z jednym z wykładowców w Berlinie, Lucas De BuenosAires potwierdził, że w Argentynie jest bardzo wyraźna tendencja do tego, aby tańczyć w obu rolach.
Pomijam już fakt i nie będę go rozwijać, że są nawet nauczyciele, którzy nie potrafią tańczyć w drugiej roli.
Pisząc to zastanawiałem się mocno; może lepiej tego nie pisać, może zrażę jakieś osoby do siebie. Ale wolę być prawdziwy. Nie znoszę tego teatru, który czasem widzę na milongach, sztuczne uśmiechy, a prawda dopiero wychodzi po milongach, co, kto, jak. Więc tutaj bez teatru. Prosto i na temat. Powiem prost – szanowne panie. Czasem mam wrażenie, że mam być dawcą Waszych doznań. I o ile z przyjemnością spróbuję podzielić się tym co mam i dać, to jednak oczekuję też wzajemności. Jeśli jednak mam być tylko dawcą, to ja po prostu dziękuję. Znajdzie się wielu, którym tańczenie w jednej roli wystarcza i są szczęśliwi. To ich prawo. Ja jednak szukam więcej. I też mam do tego prawo. Pragnę pełni.
Kto chętny wejść w tę podróż? Z uśmiechem i radością przytulę i dam się przytulić 🙂

Nie ma tanga bez bliskiego trzymania?

„Tango to przytulenie”, szkoła tanga Poznańprawdziwe tango jest tańczone blisko”.

Czy aby na pewno?
Na jednej z prowadzonych lekcji usłyszałem o zadziwiającym przekonaniu, że w dalekim trzymaniu tańczą osoby początkujące, a bliskie 'abrazo’ jest dla tych bardziej roztańczonych… „Well…”

Wchodzimy na youtube, oglądamy pokazy światowej klasy tangowych maestros i widzimy jak tańczą… w dalekim trzymaniu.
Lubię się przytulać i sam kiedyś twierdziłem, że prawdziwe tango to tylko bliskie trzymanie. Z perspektywy czasu oceniam, że tego typu założenie jest błędne i bardzo ograniczające. Nie ma lepszego trzymania, bądź gorszego, bardziej bądź mniej prawdziwego. Możliwości jakie daje nam dalekie trzymanie są nieograniczone. Muzyka też nie jest jednakowa przez cały utwór, mamy różne frazy, wątki, opowieści, zmianę dynamiki, bardziej lirycznie, za chwilę mocne staccatto.

Różnicowanie, korzystanie z szerszego spektrum, jakie otwiera nam możliwość płynnej zmiany trzymania w ramach danego tańca jest czymś wzbogacającym taniec. O ile osoby początkujące mogą z początku unikać bliskiego kontaktu (ach, gdybyśmy mieli południową mentalność i otwartość), o tyle mam wrażenie, że osoby roztańczone obawiają się dalekiego trzymania. Żadne jednak z nich nie ma etykiety świadczącej o poziomie Twoje tańca. O tym bardziej zaświadczy to, czy Twoje trzymanie jest przyjemne, czy jest może chłodną konstrukcją, przez którą nic nie przepływa.

Trzymanie to połączenie.
Połączenie może być piękne, to jednak  zależy od Twojej intencji.