Zajęcia grupowe czy lekcje tańca indywidualne?

Z tańcem jest jak z każdą dziedziną. Jeśli zależy Ci na rozwoju, nie obędzie się bez zainwestowania czasu i pieniędzy.

Dawid Belach

W naturalny sposób większość ludzi rozpoczyna swoją przygodę z tańcem poprzez uczestnictwo w kursie grupowym. Poprzestanie na zajęciach grupowych raz w tygodniu nie jest niczym złym, jeśli traktujesz to jako formę spędzania wolnego czasu.

Zgoła co innego, jeśli poczułeś, że taniec zaczął Cię zmieniać, coś Cię przyciąga do niego, myślisz o tym, nie możesz doczekać się lekcji.
Bazą są oczywiście zawsze zajęcia grupowe, które powinny być jednak systematycznie uzupełniane poprzez lekcje indywidualne.
W grupie instruktor poświęca czas wszystkim, natomiast podczas lekcji indywidualnej będzie ruch po ruchu, krok po kroku czyścić razem z Tobą to, co wymaga poprawienia.

Błędem będzie również twierdzenie, że można się uczyć wyłącznie poprzez same lekcje indywidualne. Taniec to jednak rzeczywistość mocno osadzona w społeczności; kwintesencją tańca jest spotkanie z drugim człowiekiem, dlatego tak ważne są również zajęcia grupowe, gdzie zaistniejesz pośród ludzi.

Podsumowując, dla Twojego rozwoju w tańcu jedno bez drugiego może się obyć, ale jeśli chcesz mocno pójść do przodu, lekcje indywidualne będą jak wrzucenie piątego biegu 🙂

Kurs tańca użytkowego

„Chcemy umieć tańczyć z wujkami na weselu”
„Jak tańczy się dwa na jeden?”

To częste pytania, które kierują nas w stronę tańca użytkowego, czyli uniwersalnego kroku, na bazie którego możemy stosować różne kombinacje figur; bez stresu i konieczności układania choreografii.

Taniec użytkowy to jednak dość szerokie pojęcie.
Możemy do niego zaliczyć najbardziej popularny (szczególnie w Niemczech) discofox, zawierający 3 kroki, przy czym ostatni krok jest krokiem bez przeniesienia ciężaru ciała (tak zwany tap).
Ten sam taniec może być zatańczony w amerykańskiej wersji 'hustle’ z zastosowaniem tak zwanej podpórki, czyli częściowego przeniesienia ciężaru ciała przy kroku do tyłu i powrót na nogę postawną. Dzięki tej wersji osoby z bardziej wrażliwym uchem nie odczuwają dysonansu, podczas gdy w podstawowym discofox tańcząc 3 kroki do muzyki, która zawiera 4 uderzenia odnosi się wrażenie, że coś tu nie pasuje. Hustle osadza nas w muzyce z parzystą ilością uderzeń, dzięki czemu tańczymy 'beat w beat’.

Jest również czterokrokowa disco samba, w której na każde drugie uderzenie tańczy się krok tap. Rozwiązania figur są prawie identyczne jak w discofox, aczkolwiek często powtarzalność kroku tap stwarza nieco więcej problemów.

Discofox czy disco samba to tańce do muzyki o średnim i szybkim tempie.

Do kategorii tańców użytkowych osobiście zaliczam również blues’a, który jest tańcem wolnym. Jakkolwiek wolne utwory, tak zwane „przytulańce” są niezwykle miłe, warto znać parę rozwiązań, jak do takiej muzyki można się poruszać nie tylko przytulając się tańcząc z nogi na nogę 🙂
Na bazie blues’a często buduję choreografie również na pierwszy taniec weselny.

Znajomość tych tańców daje absolutne poczucie komfortu.
Gdy ktoś mnie pyta od jakiej formy tańca zacząć naukę, zazwyczaj proponuję właśnie taniec użytkowy ze względu na jego uniwersalność 🙂

Tango

Bardzo będę musiał uważać, żeby mój blog nie stał się monotematyczny, a raczej mono-tangowy. Specjalizuję się w tańcu towarzyskim, który stanowi 10 tańców podzielonych na styl standardowy (Walc Angielski, Tango, Walc Wiedeński, Slow Foxtrot, Quickstep) i styl latynoamerykański (Samba, Cha-Cha, Rumba, Pasodoble, Jive).
I choć to taniec towarzyski stał się kiedyś moją miłością, to odkąd poznałem prawdziwe tango argentyńskie, które w tańcu towarzyskim zostało – używam tych słów z całą świadomością – sprofanowane, ten jeden taniec zajął szczególne i w zasadzie jedyne miejsce w moim tanecznym życiu.

Może to dziwić, dlaczego w tym blogu tyle opisów emocji i doznań. Dla mnie jednak taniec to właśnie przede wszystkim emocje, poruszenia. Bez tego taniec staje się zwyczajnym dylaniem, codziennością, powszednieje, zostaje odarty z sacrum, które dokonuje się podczas tańca na styku duszy i ciała.

Po pierwszej lekcji tanga argentyńskiego napisałem:

Serce kochające. Serce zranione. Serce tęskniące. Serce wyczekujące. Serce czułe na każde poruszenie.
Począwszy od pierwszego wulkanu miłości poprzez wszystkie moje miłości i miłostki uzbierałem tyle nadziei, rozczarowań,  uniesień i upadków.
Na to wszystko przyszło lekarstwo. Wszystko scalone w muzyce, której każdy dźwięk to wyraża, jakby używa mnie, aby grać na tych  strunach moich przeżyć, moich pragnień. Muzyka doprowadzająca czasem do łez, tętniące serce pobudza ciało, aby wyrazić  to… choćby najmniejszym ruchem, oddechem, a czasem po prostu byciem. Wszystko zebrane w jednej muzyce, w jednym tańcu. Czy to sen, czy jawa. Czy odkryłem nirwanę, eden, gdzie mogę poczuć się całym sobą, integralnym, naturalnym, czującym bez filtrów?

tango PoznańTango… To właśnie ono.

Gdy mam tylko słuchać tanga, bez możliwości wyrażenia tego ruchem, staje się ono nieznośną trucizną.
Trucizna wyrażona ruchem staje się natychmiast wspaniałym lekarstwem, doznaniem, nirwaną.

Ekstaza

Wchodzę na pustą salę. Przygaszone, delikatne, ledwo widoczne światło.
Oddycham. Słysząc tylko swój oddech stawiam pierwszy krok, delikatnie smugając parkiet, jakby nie chcąc go naruszyć, wyprowadzam stopę przez palce.
To zwyczajne wejście na nogę może być celebracją. To jak medytacja. Tai chi. Odczuwam przyjemność w wyprowadzaniu stopy i powolnym przenoszeniu ciężaru ciała. Nie spieszę się z następnym krokiem. Długość mojego kroku wyznacza czas, nie odwrotnie.

Jeśli włączę muzykę, wsłucham się w jej brzmienie, instrumenty, wokal, charakter. Muzyka nie będzie tłem. Wejdę jak Alicja w Krainie Czarów przez lustro, wejdę w ten utwór całym sobą.

Czy znasz to uczucie? Gęsia skórka na rękach, w środku poruszenie, jakby ciało nie mogło pomieścić tego, czego doświadcza.
Bez szczególnych kroków, bez gonienia za rytmem.

Jestem. Ekstaza.

Ile za to zapłacisz?

fot. Małgorzata Sobczak

Ekscytacja.
Karuzela.
Powiew wiatru.

1990.

Betonowe boisko. Pierwszy występ przed społecznością własnej szkoły. Ekscytacja, napięcie, podniecenie.
Wszelkie poruszenia, których sprawcą był taniec i muzyka, tego dnia miały zostać niejako wystawione na zewnątrz. Dusza miała zostać odkryta przed tak wielką rzeszą ludzi.

Był to bardzo słoneczny dzień. Wirowaliśmy w rytm walca wiedeńskiego. Lekka bryza smugała policzki, a doznania jak na karuzeli; obraz przewijający się 360 stopni, muzyka poruszająca wszystkie moje wnętrzności i… lekkie zmęczenie. Przyjemność to zbyt mało, aby określić tamte przeżycia.

Ile ludzie są w stanie zapłacić za takie emocje, doznania, poruszenia, przeżycia?
Może wyjazd na Mont Everest, niezliczone warsztaty i szkolenia z cyklu „jak osiągnąć to, czy tamto”…
Bogaty jesteś dopiero wtedy, gdy posiadasz coś, czego nie można kupić za pieniądze.

Sięgnąłem po to, co najbliższe. Własne ciało i dusza.

Posłuchaj: Walc „Gramofon”