Tango/e/motion

Zapraszam do nowatorskiej grupy Tango/e/motion !

Dlaczego taka nazwa?
Emotion czyli emocja, a słowo „motion” oznacza ruch.
Tango zawiera obie te przestrzenie – ruchową i emocjonalną.
Każda emocja zawiera w sobie jakieś poruszenie, a każdy ruch może zawierać w sobie jakąś emocję.
Gdy spojrzymy na tango bardzo szeroko, nie tylko jako taniec, ale jako formę realizacji w życiu, łatwo zauważyć, że to nie tylko taniec, ale również różne nasze potrzeby, pragnienia. Jednocześnie bycie w tej przestrzeni może również rodzić nie tylko piękne doznania, ale również trudniejsze emocje, jak obawy, lęki.
Stąd nazwa grupy sugeruje spojrzenie na tango bardzo szeroko, szczególnie nie tyle w aspekcie stricte technicznym, co ludzkim.

Dla kogo?
Dla wszystkich, którzy odczuwają potrzebę podzielenia się lub posłuchania innych o ich doświadczeniach, przeżyciach.
Po co ta grupa?
W temacie tanga mamy w internecie wszystko poza tym jednym. Rozmową o tym, co może być trudne. To jak swoista grupa wsparcia, gdzie wzajemnie dzielenie się swoim doświadczeniem wzbogaca i czyni tango w naszym życiu bardziej spójnym i przyjemnym.
Jaka tematyka?
Zaczniemy od tematów bardzo trudnych, aby rozładować rodzące się napięcie bądź wątpliwości. Będzie to temat zazdrości, kryzysów w tangu czy problemów związanych z cabeceo.
Jaki jest cel?
Wymiana doświadczeń w grupie w postaci postów, bądź rozmów z innymi.
Główny jednak cel to spotkania online raz w miesiącu.
Aby otrzymać zaproszenie na spotkanie wypełnij poniższy krótki formularz, aby otrzymać link do spotkania video.
Będą to spotkania ok. 1 godziny.
Grupa ma sens, jeśli chcesz nie tylko posłuchać innych, ale również podzielić się własnym doświadczeniem zachowując oczywiście formułę mówienia o swoich odczuciach, a nie o innych 🙂

Myślę, co on myśli…

Dzisiaj miałem pierwszy trening boksu.
Jadąc na trening myślałem o wielu osobach, które pierwszy raz jadą na lekcję tańca.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa ilość pytań i myśli w głowie układa się tak:

– a czy ten instruktor będzie taki sympatyczny, jak jest w internecie?
– a czy ja się na pewno nadaję?
– a co będzie, jak mi się nie spodoba?
– może lepiej nie będę za dużo gadać, żeby nie wyjść na dziwną osobę…
– czy ja na pewno tego chcę?

Przyznaję, że w mojej głowie nie wszystkie się pojawiły, a te, które się pojawiały zbywałem doświadczeniem, które pomaga mi wtedy tylko się uśmiechnąć do samego siebie.

Jest jeszcze druga część monologu, który następuje już po lekcji.

– ciekawe, czy on naprawdę miło spędził czas podczas tego treningu, czy po prostu był miły, bo musiał…
– ciekawe, co sobie pomyślał o moim ćwiczeniu?
– i na przykład krytyk wewnętrzny „wydajesz kasę, a i tak nic z tego nie będzie”…

Puentując, z całą pewnością mój dzisiejszy trener najpóźniej w momencie zakończenia treningu mógł pomyśleć o tym, co zje na obiad i co ma do załatwienia. Stąd te rozkminki są mega zabawne.
I tu przychodzi prawda nie tylko dotycząca tańca, boksu, treningów, aktywności, ale w ogóle prawda życiowa. Jeśli myślisz, że coś ludzie o Tobie myślą, to daj spokój. Prawdopodobnie mają tysiący innych myśli, wszak nie jesteś słońce, Słońcem 🙂

I z uśmiechem na swojej twarzy dedykuję to wszystkim, którzy często patrzą i myślą z przerażeniem, co sobie nauczyciel, trener, instruktor pomyślał…

Dawid Belach
Dawid Belach

W tańcu zaufaj

Chodzisz na siłownię, czy ćwiczysz na siłowni?

Minęło 1,5 roku jak ćwiczę regularnie pod okiem trenera personalnego. Nigdy podnoszenia sztangi i te wszystkie martwe ciągi mnie nie kręciły. Ile razy wykupiłem karnet na siłownię, nie minął miesiąc, a przestawałem już chodzić. Dopiero teraz widzę sens. Widzę jak ćwiczenia, które może same z siebie nie są ekscytujące, wpływają na moje ciało. Łatwo można sobie wyobrazić kogoś, kto od dawna chodzi na siłownię i stwierdzi, że nic nowego nie odkryłem. Ten „chodzący” na siłownię, często podnosi i opuszcza sztangę bardzo szybko, przez co ćwiczenie nie jest efektywne. Ale chodzi na siłownię. Oto wielka tajemnica techniki. Różnica? Ocean!

Dylemat nauczyciela

Wiedząc o tym jak bardzo technika jest po prostu pierwszym bądź drugim płucem dla tancerza, chciałbym czasem zaszczepić to przekonanie tym, którzy nie mają tego doświadczenia. Najchętniej podłączyłbym się do ich umysłu, choćby przez bluetooth, żeby tchnąć w nich podejście i otwarcie na technikę. Niestety jak z każdym doświadczeniem, żadne inne, niż własne nie jest w stanie kogoś przekonać. Stąd dylemat nauczyciela to ciągłe balansowanie pomiędzy absolutną chęcią pomocy, aby tańczący doświadczyli tego, co wiesz, że jest możliwe, a sprostaniem częstym oczekiwaniom na zrobienie fajnych figur. Idealnym rozwiązaniem byłyby osobne dedykowane grupy; nazwijmy to grupa „Wow” (technika i oczywiście figury i znowu technika, co prowadzi do „wow”) i  grupa „Przyjemność” (figury, figury, no i może jeszcze trochę figur). To wręcz jak rola rodzicielska. Wiesz, że młody chce czekoladę jeść na śniadanie, obiad i kolację, no i najlepiej w przerwach pomiędzy posiłkami. Ale nie możesz na to pozwolić, czekolada od czasu do czasu, a tak po prostu zwykłe pożywienie, które nie będzie wow.
Trzeba zaufać. Jeśli rodzic jest dobry,  odmawiając regularnych efektów wow dba o dziecko, a nie wyrządza krzywdy.

Frustracja

Jak pięknie jest odkryć pokłady w sobie.
Pamiętam, gdy oglądałem filmiki różnych par. Często po obejrzeniu nie czułem inspiracji, a bardziej frustrację graniczącą ze zdenerwowaniem.
Piękno o którym wspominam, to uczucie ulgi, gdy doszedłem do tego, że owe trudne odczucia miałem z powodu braku zaufania do siebie.
Oglądanie różnych stylów tańczenia ciągle powodowało we mnie jakąś nieuświadomioną presję, że właśnie w takim stylu powinienem też umieć tańczyć. Dzisiaj gdy internet proponuje mi jakieś różne filmiki często automatycznie już odtwarzając je bez pytania, nie ulegam takiemu „programowaniu”. Nie oglądam, nie karmię się wszystkim dookoła.
Tak, ja nadal mówię o tańcu! To również w świecie tańca można być zalanym ilością informacji i bodźców, które nie wnoszą nic dobrego.
Dzisiaj z radością tańczę tak, jak chcę tańczyć, nie w stylu takim, czy innym, nie Matejko, nie Beksiński. Po prostu ktoś jeszcze inny.
Ja jestem. Więc tańczę bez kopiowania.

Czy możesz mnie poprowadzić, szanowna damo?

Tango w pełni.
Spędzając kilka dni na największym Festiwalu Queertango odbywającym się corocznie w Berlinie mogłem naprawdę w pełni nacieszyć się szczęściem i radością tanga. Wreszcie miałem tango w pełni.
Gdy mówimy o jakiejkolwiek relacji doskonale wiemy, że sytuacja, w której jedna strona jest dawcą, a druga jedynie biorcą nie należy do zdrowych relacji. Uwarunkowania społeczne, kultura wpływa na nasze postrzeganie świata i to, co na innym obszarze wydaje się już niezdrowe, nienaturalne, na naszym jest normą, na której zmianę nasz światopogląd często nie jest gotowy. Gdy jednak postawić sobie pytanie, dlaczego by tego nie zmienić, często pierwsza przychodząca do głowy odpowiedź to „przecież zawsze tak było, po co to zmieniać?”. Gdy pooglądamy i przeanalizujemy tę odpowiedź, może się ona wydawać jedynie odruchem obronnym, a nie stanowiskiem, które zostało wypracowane w toku konstruktywnej krytyki.
tango Poznań
tango Poznań – Dawid Belach
Wtopiłem swoje zmysły w pierwsze dźwięki tanga. Pozwoliłem, aby moje dłonie i moje ciało powoli „przyjmowało” ciało drugiej osoby, spokojnie, bez pośpiechu tuląc drugiego człowieka w swoim objęciu. Główna myśl, intencja – dać odczuć drugiej osobie świadomą obecność, ciepło i ruch, w którym będziemy razem. Płyniemy…
Utwór dobiega końca, wariacja, ostatnie uderzenie, wspólny wydech… Słyszę hałas, jak inni zaczynają rozmawiać, śmiać się, standardowe rozmowy „a skąd jesteś”, itd. Ja zostaję z moim partnerem w objęciu jakby muzyka nadal trwała. Tu przecież tyle się wydarzyło. Nie chcę tego zagadać.
Gdy rozpoczyna się drugi utwór powoli, bez pośpiechu zmieniam objęcie. Aranżowałem i dawałem. Teraz on będzie dawać, ja będę przyjmować. To on teraz mnie poprowadzi. To nie znaczy, że nie jestem już dawcą, a jedynie biernym podążającym. W żadnej mierze. Jednak teraz mogę zamknąć oczy, uwielbiam to robić. Odczuwam tak wiele i tak mocno gdy mogę wejść w tę rolę.
Dlaczego facet miałby zawsze być tylko dawcą, dlaczego kobieta miałaby być wyłącznie biorcą? Te słowa dawca-biorca nie są doskonałe. Używam skrótów myślowych, słowa są pewnym uproszczeniem, nie wszystko da się w tangu opisać, wypowiedzieć. Skoro więc taka sytuacja w związku określana byłaby jako niezdrowa, dlaczego uznać ją w tańcu za normę? Kultura naszej cywilizacji wymaga odpowiednich ról – facet to wojownik z dzidą, ma zapewnić bezpieczeństwo i przynosić mięcho do gospodarstwa. Kobieta ma dbać o ciepło rodzinne i posiłki. Czy naprawdę jeszcze żyjemy w tej epoce?
Uważam, że pełnię tanga można poczuć jedynie mając możliwość doświadczać obu ról. Napawa mnie smutkiem, gdy w Polsce nie mogę być poprowadzony przez innych mężczyzn lub kobiety. Orientacja nie ma tu nic do rzeczy. Było dla mnie cudownym doświadczeniem, gdy podczas Maratonu w Krakowie, gdy już po kilku godzinach prowadzenia byłem naprawdę zmęczony, podszedłem do sympatycznego gościa i zapytałem, „Poprowadziłbyś mnie?” – „Jasne”. Wow 🙂 Ustawiam się domyślnie do dalekiego objęcia, a on na to „spoko, możemy w bliskim”.
Gość zna tango w pełni… Później i ja go poprowadziłem. Wszak każdemu dawcy należy się również coś ode mnie. Nie chcę być tylko biorcą. Nie chcę być tylko dawcą.
Jedna ze znajomych kiedyś powiedziała „ja już jestem tak zmęczona w życiu ogarnianiem wszystkiego, dzieci, pracy zawodowej, że nie mam ochoty uczyć się prowadzić”. Cóż miałem powiedzieć, musiałem to uszanować. Idąc jednak tym kluczem, każdy facet powinien mieć możliwość również podążać, bo w jego życiu przynajmniej kulturowo mało jest przestrzeni do bycia kimś innym, niż facet z dzidą. I oczywiście mówi się dzisiaj o kryzysie męskości, co może u pań spowodować reakcję – jeszcze tego brakowało, żeby faceci nie prowadzili. Oczywiście, że mają prowadzić! Wy jednak też!
Lucas Boock i Bianca Vrcan wspominali podczas Poznańskiego Maratonu Tanga „La Libertad”, że tańczenie w obu rolach to nie jest kwestia queertango. Powiedzili wprost – tańczysz tango? To znaczy, że tańczysz, a nie tańczysz połowicznie, w jednej roli.
Rozmawiałem o tym z jednym z wykładowców w Berlinie, Lucas De BuenosAires potwierdził, że w Argentynie jest bardzo wyraźna tendencja do tego, aby tańczyć w obu rolach.
Pomijam już fakt i nie będę go rozwijać, że są nawet nauczyciele, którzy nie potrafią tańczyć w drugiej roli.
Pisząc to zastanawiałem się mocno; może lepiej tego nie pisać, może zrażę jakieś osoby do siebie. Ale wolę być prawdziwy. Nie znoszę tego teatru, który czasem widzę na milongach, sztuczne uśmiechy, a prawda dopiero wychodzi po milongach, co, kto, jak. Więc tutaj bez teatru. Prosto i na temat. Powiem prost – szanowne panie. Czasem mam wrażenie, że mam być dawcą Waszych doznań. I o ile z przyjemnością spróbuję podzielić się tym co mam i dać, to jednak oczekuję też wzajemności. Jeśli jednak mam być tylko dawcą, to ja po prostu dziękuję. Znajdzie się wielu, którym tańczenie w jednej roli wystarcza i są szczęśliwi. To ich prawo. Ja jednak szukam więcej. I też mam do tego prawo. Pragnę pełni.
Kto chętny wejść w tę podróż? Z uśmiechem i radością przytulę i dam się przytulić 🙂

„Nieważne jak trzymasz kierownicę. Jedź!” Serio?

Czy uczestniczyłeś w kursie prawa jazdy?
Być może nie zwróciłeś uwagi, że jednym z pierwszych elementów, jakie instruktor omawia, jest poprawne trzymanie kierownicy.
Nie przychodzi Ci do głowy myśl „po co mi trzymanie kierownicy, jak „nie umiem zmieniać biegów”. Dobrze wiesz, że kolejność ma swoje znaczenie.

Do tych elementów, które mają znaczenie zaliczam objęcie w tangu.
Temat, który powszechnie zdaje się mało interesujący. Wystarczyłoby sprawdzić to metodą socjologiczną: organizujemy warsztaty dotyczące objęcia oraz warsztaty dotyczące gancho lub boleo.
Na które warszaty przyjdzie więcej osób? Pytanie oczywiście retoryczne.

„Muszę najpierw znać kroki” to najczęstsza odpowiedź, gdy chcemy zajęć się na poważnie objęciem. Na nic Ci te kroki, jeśli nie masz objęcia, a trzymasz parnera/partnerkę nie czując jej. Może kroki zatańczysz, ale sam/a, nie przekazując w żaden właściwy, a tym bardziej przyjemny i komfortowy dla współpartnera odpowiedniej informacji.
Tworząc objęcie, które będzie przyjemne i komfortowe, zgodne z anatomią dwóch tańcząch osób, kroki staną się wręcz czymś naturalnym i prawie oczywistym. Szturmowanie partnerki zadzierając łokcie i przesuwając ręce przypominające mycie naczyń to nie zrozumienie tanga.

Objęcie to dwa aspekty. Jeden czysto fizyczny, czyli dopasowanie.
Drugi to co najmniej – nazwę to – empatyczny, choć chętnie zazwałbym go uczuciowym.

Jeśli chcę komuś dać przyjemność, nie dotknę tej osoby nagle, porywcza, nie przywłaszczę jej sobie przyciągając do siebie.
Raczej będę chciał pokazać swoje zaproszenie do objęcia, a pierwsze dotknięcie dłoni uczynić przyjemnym spotkaniem, które trwa i już w pierwszych sekundach budzi zaufanie.

Oczywiście tango każdy może postrzegać inaczej.
Mogę tango postrzegać jako realizowanie siebie i swojej przyjemności. Mogę w tangu myśleć wyłącznie o przyjemności drugiej osoby. Mogę również wykreować rzeczywistość wspólnie z drugą osobą, aby komfort i głębia połączenia była tworzona przez obie osoby. Chcę odczuwać przyjemność i dawać przyjemność. Wymiana jest czymś w rodzaju spełnienia. To nie musi być tanda życia. Ale może to być tanda tej jednej chwili, o której będziesz pamiętać, nie wiedząc nawet, co tańczyłeś_aś, ale jakie to było…

Narodziny.

Polecę dziś patosem. Gdybym jednak w swoim życiu nie doświadczył tego, co daje mi taniec, patrząc z perspektywy bogactwa tego doświadczenia musiałbym uznać się za biedaka. Cóż za wielka strata nie móc doświadczyć poezji ruchu, kontaktu z drugim człowiekiem, wyrażenia emocji w dźwięku, który przechodzi przez moje ciało, jako instrument.
Myślę, że to bogactwo jest jednym z największym odkryć w moim życiu.

Nie ukrywam, że bardzo lubię zatańczyć pokaz. Tańczenie w gwarze milongi ma oczywiście swój urok, jednak postrzegam taniec jako coś niepowtarzalnego. Przecież nie chodzi tu o odtańczenie czegoś, popisy znajomości figur, ale zbudowanie poprzez te 3 minuty czegoś, co po zakończeniu utworu jeszcze trwa, unosi się w powietrzu. Dlatego lubię pokaz, który daje przestrzeń ciszy, skupienia, koncentracji.

Czuję ogromną wdzięczność za to, co daje mi taniec.
Mogłem zostać księdzem, stewardem, pracownikiem korporacji, a jednak dane mi jest tworzyć i dzielić się czymś, co jest niesamowitym bogactwem.
Czy jestem jakiś inny przez to? Nie. Mam swoje wady, jestem czasem nerwowy, czasem sobie nie radzę. Tak po prostu. Mam jednak na szczęście tę oazę, w którą mogę wejść i wyjść jakby narodzony na nowo.
I te narodziny, choć mogą być sporadyczne, rzadkie, są niepowtarzalne, są cudem.

strachy na lachy contra tangazm

Jeśli jesteś prowadzącym lub prowadzącą w tańcu, dobrze znasz to uczucie.
Panować nad swoim ciałem, słyszeć muzykę, kreować ruch, prowadzić partnerkę, być uważnym na jej reakcje, mieć oko na przestrzeń dookoła. Dużo elementów.

Do tego chcesz być oryginalny, więc dochodzi wewnętrzna presja, aby nie być „nudnym” – to najczęściej spotykana obawa u prowadzących.

tango Poznań

Jeśli jesteś podążającym lub podążającą, pewnie dobrze znasz to odczucie czujności, żeby nie powiedzieć „przyczajenia”, aby na pewno dobrze zareagować na intencję partnera.

Jak wszystkie presje, nie są one twórcze. Wyrzućmy je do kosza.

Dla prowadzących/zapraszających
W zasadzie nigdy nie słyszałem od podążających, że było im w tańcu z kimś „nudno”. Clue jest nie w ilości figur. Zwróć uwagę na przyjemne objęcie drugiej osoby, na czytelność Twojej intencji, nie spiesz się, jeśli czujesz presję w głowie do „produkcji” figur, obierz przeciwny kierunek – minimalizm. Jeśli druga osoba będzie czuła się dobrze w objęciu i Twoje prowadzenie będzie czytelne, a całość ruchu wkomponowana w muzykę, możesz tańczyć najprostsze kroki, niewiele figur, a może to być „tangazm”.

Jak być czytelnym w prowadzeniu?
Być może usłyszysz to pierwszy raz; prowadzenie nie polega na wykreowaniu całości ruchu łącznie z krokiem. Nie stawiaj kroku pierwszy. To nie będzie dobre prowadzenie. Niech Twoje prowadzenie polega na wysłaniu sygnału, intencji, w jakim kierunku druga osoba ma postawić krok, bądź jaki wykonać ruch. Gdy na Twoje zaproszenie poprzez intencję druga osoba rozpocznie powolny ruch, dopiero wówczas rozpocznij stawianie kroku. Dla uproszczenia wygląda to tak:

Prowadzący daje intencję -> podążający reaguje i rozpoczyna krok -> prowadzący wykonuje krok.

Zwróć więc uwagę, że dobre prowadzenie to wysłanie sygnału, natomiast co do kroku de facto podążasz za krokiem drugiej osoby, która odczytała Twoją intencję.

Dla podążających/interpretujących
Obawy podążających, aby na pewno dobrze odczytać intencję mogą powodować skupienie i nadmierną koncentrację, która:
a) odbiera przyjemność z tańca
b) powoduje, że projektujesz w głowie, co będzie za chwilę, przez co wyprzedzasz intencję partnera, a to powoduje utratę połączenia w parze i desynchronizację całego ruchu.

Spróbuj reagować tylko na to, co czujesz, bez projektowania i lęku, że czegoś nie odczytasz. Co się stanie, jeśli czegoś nie odczytasz?
Zaprawdę powiadam Ci 🙂 Prowadzący wyprowadzi z tego inną sytuację ruchową, może nawet bardziej zaskakującą, niż pierwotnie założył. Na tym polega improwizacja w tangu.

Podsumowując, zostawmy presję, bądźmy uważni na siebie, ale w wolności, bo tańczysz tango nie po to, aby komuś się przypodobać, ale żeby z drugim człowiekiem w danej chwili stworzyć coś unikatowego, choćby to było najprostszą rzeczą.

Czy zdałeś do następnej klasy? O pokorze w tańcu.

Swietłana poproszona podczas zajęć, żeby poćwiczyć pivoty solo przy lustrze.
Po 2 minutach patrzy na zegarek.
– „Ale ćwiczysz…”
– „No ileż można tak ćwiczyć?”
Nie trzyma równowagi w tańcu, zła sylwetka, ale ćwiczyć solo „nie musi”. Na każdą sugestię, co może zmienić w tańcu reaguje, jakby ktoś psuł jej zabawę i był intruzem.

Esmeralda na 3 lekcji w życiu pyta „jak machać nóżką”. Gdy są dedykowane warsztaty na ten temat, nie jest zainteresowana udziałem.

Iwan miał pełne usta frazesów, że jak coś robić to porządnie, po czym po paru miesiącach stwierdza, że lekcje nie są potrzebne, bo ćwiczy w domu i w zasadzie jego poziom jest lepszy niż innych.

Nazywam ten etap początkująco-średnim.
Osoba początkująca na początku daje duży kredyt zaufania, czuje się niepewna, chętnie chłonie wszystkie informacje. Po jakimś czasie przychodzi ryzyko „nie przejścia do następnej klasy”. Zamiast powoli zmieniać swój poziom, rozwijać się, wchodzi w swoją ślepą uliczkę. Nie jest początkującym, bo już stoi na nogach i nie wywraca się tak często, ale nie przechodzi do poziomu średniego, który jest związany z komunikacją w parze. Figury od Mistrza Świata potrafią nazwać pierdołami i najlepiej wiedzą, jak powinny wyglądać zajęcia i tańczenie tanga. Nauczyciel jest już im niepotrzebny. Pełni rolę woźnego udostępniającego salę. Para zakończyła swój rozwój. W swojej pysze i wyobrażeniach nie jest w stanie ruszyć, zawrócić ze ślepej uliczki, bo najpierw trzeba by się wycofać ze swoich błędnych wyobrażeń i przyznać do błędu.
Technika ich nudzi. Najważniejsze są figury. Nie mają poczucia, że figury bez techniki wyglądają tak, że nie wyglądają w ogóle. W ich zamyśle figury powinny być pokazane na poziomie kroków bez omawiania mechaniki ciała. Nudzi ich to, oni chcą „tańczyć”.
Pycha jest przeszkodą w rozwoju. Problem nie taneczny, a podejścia, mentalności, psychiki, charakteru, osobowości.

Sasza regularnie bierze lekcje co tydzień. Wkurza się, czasem mu nie wychodzi, jest wytrwały. Słucha. Przetwarza. Analizuje. Tańczy coraz lepiej. Silnikiem jego rozwoju pokora.

Anatolij tańczy od roku.
Pisze do mnie:
400 h godzin w 3 miesiące + prywatne lekcje co tydzień. Jak zobaczyłem prowadzących po 1,5 roku którzy nie są w stanie iść na milongę, to sobie podzieliłem ile muszę zrobić zajęć żeby po 3 miesiącach tańczyć – i to  zrobiłem.
Dużo przede mną – ale już mam niesamowitą przyjemność na milongach – już pracuję na emocjach a nie na walce z własnym ciałem.

Gdy patrzę na niego wierzyć się nie chce, że tańczy dopiero rok.
Jego silnikiem i paliwem – pokora.

Elegancki urojony świat niczym wyrób czekoladopodobny.

Dzisiaj o tym, co wstydliwe, ukryte.

Żyjemy w świecie obrazków, coraz mniej wartościowych rozmów. Jedna ze znajomych z pewnym rozgoryczeniem stwierdza, że zna mnóstwo ludzi z milong, ale jest to znajomość bardzo zewnętrzna. Tak naprawdę nic o nich nie wie.
Świat iluzji. Ktoś nazwie swój zewnętrznie wykreowany świat „elegancją”, bo bardzo chciałby takim być, kto inny będzie zaliczać mnóstwo wydarzeń, bo powrót do czterech ścian jest nie do zniesienia.

W 2013 roku przeżywałem tak mocne tąpnięcie w swoim życiu, że nie byłem w stanie dojść do sklepu, po kilku krokach musiałem wrócić do domu. To był znak, że czas nie tylko na psychoterapię, ale również trzeba było wspomóc się lekami antydepresyjnymi. Był taki czas, że wyjście z domu było tak potężnym wysiłkiem, że wizja prowadzenia zajęć była na tamten czas sportem ekstremalnym, podejściem na Mont Everest.
Mam w swoim już prawie 20-letnim doświadczeniu w nauczaniu tańca taki rok, który był najgorszym; nie prowadziłem zajęć na takim poziomie, który prezentuję na co dzień. Cóż wtedy człowiek może zrobić. Jest w jakiś sposób bezsilny.
Był taki czas, gdy moja dobra znajoma mówiła „Dawid, nie możesz być taki osępiały na milongach, prowadzisz szkołę tańca, to nie wygląda dobrze marketingowo”. Miała rację. Pozostałem jednak sobą.
Moje podzielenie się swoim doświadczeniem wynika z głębokiego przekonania, że dziś zdecydowana większość ludzi zmaga się z dużą ilością problemów emocjonalnych, często prowadzących do depresji bądź innych chorób, zaburzeń.
Zdecydowałem napisać o tym, gdy obejrzałem serial Oprah Winfrey i Księcia Harrego „Wszystko, co kryję w sobie”. Autorzy serialu powiadają o swoich bardzo mocnych doświadczeniach, a poszczególne odcinki poświęcają ludziom nietuzinkowym, z wielką osobowością, którzy opowiadają o swojej depresji, nerwicach, natręctwach, trudnościach życia, jak choćby Lady Gaga.

Nauczyciel tańca to ktoś, kto w większej części swojej pracy oczywiście zajmuje się tańcem, ale chcąc być naprawdę dobrym, powinien również pracować nie tylko nad swoimi rozwojem tanecznym, ale również nad własnymi emocjami. Stąd tak bardzo jestem ostrożny w używaniu słowa „Maestro”, „Mistrz”. W mojej ocenie na taki tytuł zasługuje ktoś, kto nie tylko świetnie tańczy, ale również potrafi bardzo dobrze nauczać i dodatkowo ma osobowość, charyzmę, bez jakiejkolwiek próby „używania” ludzi do wypełniania swoich deficytów.
Moja psychoterapia z pewnością wpłynęła również na to, jak pracuję, jak radzę sobie z samym sobą, a przecież w tym zawodzie mam styczność z różnymi osobami, o różnym temperamencie, osobowości, charakterze, zranieniach.
Oczywiście nie twierdzę, że jestem teraz super produktem, który idealnie i bezbłędnie ogarnia cały ten kocioł emocjonalny, ale cóż by było, gdybym nie podjął wyzwania, twierdził, że to wstyd, że ja nie potrzebuję i nic nie robił w tym kierunku, aby się zmieniać. Przede wszystkim dla siebie.
Wówczas mogę być dla innych może nieco bardziej, niż wcześniej…

Jeśli w Twoim życiu wcale nie jest kolorowo, jak na fejsie, to bądź spokojna i spokojny. Wiem, o czym mówisz. Tym bardziej zapraszam do zajęć i lekcji tańca. Kiedyś ktoś powiedział, że każdy nauczyciel tańca przyciąga ludzi podobnych sobie. Może coś w tym jest. Staram się być autentyczny i naturalny. Nie biorę udziału w teatrze. A jeśli by tak się zdarzyło, to powiem, że to teatr, a nie urojona rzeczywistość 🙂